for english version click here
Mazurski Off Road
Tekst: Dorota Chojnowska
Jesienią z łódek przesiadamy się do samochodu terenowego. Bo mazurskie drogi stanowią nie mniejsze wyzwanie niż jeziora.
IM GORZEJ, TYM LEPIEJ
Właściciele samochodów terenowych to specyficzni ludzie. Dla nich samochód jest zabawką, a jazda po ciężkim terenie to przygoda rodem z dziecięcych lat, kiedy bawili się samochodzikami i budowali dla nich tory przeszkód. Teraz wystarczy odrobina błota, piachu, niewielka kałuża, trochę kolein, by zbudziło się to ukryte w nich dziecko. Samochód zapadł się w dziurze? Wychodzą oknem i zanim go wyciągną, robią zdjęcie. Nie boją się zadrapań karoserii. Każda rysa jest jak rana zadana przez przeciwnika na polu bitwy – powodem do dumy. Dla nich mazurskie szutry, kocie łby i pełne dziur asfalty to ziemia obiecana. Dla laika, który jeździ grzecznym, miejskim samochodem taka wyprawa to zaproszenie w inny wymiar samochodowej przygody.
ZABAWA
Na GPS-ie wybieramy opcję „trasa 4x4”. Zaczynamy w Giżycku. Koniec trasy osiągniemy za ok 40 km w Owczarni. Mamy cały dzień, więc nie musimy się spieszyć. No początek jedziemy zwykłą polną drogą. Samochód kołysze się na koleinach, koła podnoszą tumany pyłu, który wdziera się do środka samochodu. Jest w naszych ustach. Trudno przebić się przez niego wzrokiem. Kiedy wyciągam aparat, pył zmiękcza zdjęcie i rozmywa kontury. Działa jak offroadowy naturalny filtr fotograficzny. Dlatego długo nie zauważyliśmy lasu. Gdyby jechał jeden samochód, a nie dwa, nie byłoby to uciążliwe. Za chwilę zza horyzontu wyłania się las. To właśnie w tym lesie przekonam się, dlaczego na wyprawę offroadową w teren trzeba jeździć przynajmniej w dwa samochody.
POKONAĆ PRZESZKODY
Wystarczyła chwila, by niewinnie wyglądające błoto uwięziło nasz samochód. Na takie okazje leży przygotowana w bagażniku lina, tzw. kinetyk. Podczepiamy się pod drugi samochód i w fontannie wzbijającego się w niebo błota wyjeżdżamy z pułapki. Za chwile następna przeszkoda – dwa drzewa niczym bramka, rosnące blisko siebie po dwóch stronach drogi. Trzeba przejechać, ale jak się nie zaklinować…? Wychodzimy z samochodów. Sprawdzamy, radzimy. I tak się zaklinował.
Na naszej trasie są jeszcze groble, szerokie na szerokość drogi. Są również jeziora, po których przejazd wyglądałby efektownie… Ale to jest właśnie ta granica przygody, której przekraczać nie można. Dla dobra przyrody, by jej nie niszczyć, i dla dobra innych zakręconych na punkcie samochodów terenowych, by nikt nie stawiał tabliczek „Zakaz wjazdu”.
STARE MAZURY
Przedwojenne Mazury zarosły lasem. Tam, gdzie stały bogate pałace, dziś wznoszą się ruiny jak te w Sztynorcie. Nad samym brzegiem jeziora znajduje się Zęza – kultowe miejsce żeglarzy. Każdy, kto pływa, przynajmniej raz śpiewał tu szanty nad kuflem piwa czy przy butelce rumu. Nieco dalej wznosi się to, co zostało z pałacu, zabudowania dworskie oraz to, co pozostało z parku. Od zamku w las prowadzi też szeroka na jeden samochód droga, gęsto porośnięta wysokimi drzewami. Tam nasze samochody stały się małe i bezradne wobec piętrzącej się mazurskiej głuszy. Bezradne do tego stopnia, że w pewnym momencie je zostawiamy i idziemy pieszo. Droga kończy się przy neoromańskim grobowcu Lehndorffów – ostatnich właścicieli tych dóbr. W 1943 r. Heinrich von Lehndorff wziął udział spisku na życie Hitlera. Już następnego przyszło po niego gestapo, rodzinę wysłano do obozów koncentracyjnych, majątek odebrano. Później przyszli Sowieci...
Zamach, który kosztował Lehndorffa majątek i życie, miał miejsce kilkanaście minut jazdy stąd. W Gierłoży. Wjazd na teren siedziby Führera anonsują rozprute betonowe bunkry, widoczne z drogi. Ale to tylko zapowiedź tego, co nas czeka podczas zwiedzania samego Wilczego Szańca. Na to trzeba poświęcić przynajmniej dwie godziny. Jedziemy dalej. W pewnym momencie droga z szutru przeradza się w kamienistą. Kiedyś przemierzał ją Hitler w drodze na lotnisko w Wilamowie.
Mazurski dom
Niewiele się mówi o mieszkających tu przed wojną Mazurach. Dopiero teraz otacza się opieką rzeczy, które pozostawili po sobie. Niestety niewiele ich zostało. Wiedzą to najlepiej twórcy Muzeum Wsi Mazurskiej w Owczarni. Jednak udało im się zgromadzić imponująca kolekcję mebli, domowego sprzętu, których uzyli do aranżacji wnetrz mazurskiego domu w stylu z lat 1815 - 1945 w. Pełno w nim drobiazgów, które uważamy za wynalazki z ostatnich lat. Hitem jest gofrownica przeznaczona na kuchnię kaflową z wytłoczonym przepisem na ciasto z 2 kg maki. Cóż, rodziny były większe, a ludzie się nie odchudzali.
Niekończąca się historia
Na tej trasie samochodem seryjnym dużo by się tu nie zawojowało. Aby mógł spokojnie stawić czoło leśnym duktom, trzeba najpierw co nieco w niego zainwestować. Pierwszy wydatek – opony.W zależności od tego, jak chcemy użytkować nasz samochód AT – All Terrain (80 proc. asfalt 20 proc. teren) lub MT – Mud Terrain (20 proc. asfalt 80 proc. teren) oczywiście idealnym rozwiązaniem jest posiadanie dwóch kompletów. Następnie tzw. lift, czyli podniesienie nadwozia, co da nam większy prześwit i zwiększy dzielność terenową auta. Nadwozie pójdzie jeszcze nieco do góry, jeśli zmienimy koła na większe. Jednak wielkość opony jest ściśle powiązana z wysokością liftu.
Przez tak poważne operacje na wyglądzie i charakterze, samochód i nas muszą przeprowadzić fachowcy. A kto ma o tym lepsze pojęcie niż ci, którzy sami już kiedyś przez to przeszli. Dlatego logujemy się na forach skupiających właścicieli naszej marki samochodów. To oni doradzą mechanika, polecą najepszego sprzedawcę części zamiennych. Wreszcie na stronie znajdziemy listę kontaktów do osób, które w razie problemów o każdej porze dnia i nocy podjadą z pomocą, gdyby nam się cos stało na trasie. Kiedy już samochód powoli zaczyna kusić i nęcic zakładka informująca o imprezach i rajdach. Coraz trudniej się im oprzeć, aż w końcu ulegamy. Wtedy na pierwszym rajdzie przekonujemy się, jak bardzo jest potrzebna wyciągarka. I snorkel, czyli wysoko wyprowadzony chwyt powietrza do silnika, bo choć tym razem silnik nie został zalany, to następnym razem możemy nie mieć tyle szczęścia! Bo co do tego, że na pewno będzie „ten następny raz”, nie mamy wątpliwości!
Galeria: